czwartek, 28 listopada 2013

Gotowanie - moja pasja.

Tak się zastanawiam, że ze mną jest chyba coś nie tak. Mianowicie chodzi o to, że ja kocham gotować! Większość kobiet, które znam, najchętniej trzymałaby się z dala od kuchni, natomiast ja mogłabym pichcić i pichcić.

Teraz mogłaby się odezwać połowa moich znajomych i rodziny, że ja przecież NIE UMIEM gotować! I tak też było, kiedy mieszkałam z mamą. Kiedy ta kazała mi coś zrobić, ja odwalałam robotę byle jak najszybciej się uwinąć i wychodziły przypalone kotlety, nieposolone/za słone ziemniaki, przypalone garnki itp. Ale odkąd się przeprowadziliśmy, to naprawdę gotowanie sprawia mi przyjemność. I nie chodzi tu wcale o to, by oderwać się od Oliwii, bo i tak zazwyczaj mi towarzyszy w kuchni, ja po prostu uwielbiam wymyślać nowe rzeczy, czy robić coś, czego nigdy nie było mi dane spróbować.

Owszem, zdarza się, że coś mi nie wyjdzie, wtedy mój biedny narzeczony musi trochę pocierpieć i tak jak dzisiaj zjeść przypalonego kurczaka – nie wiem jak to się stało, czas jakby się dla mnie zatrzymał i nie ogarnęłam, że pora już go wyjąc z piekarnika (!) – ale nie poddaję się. Jak nie wyjdzie, spróbuję za jakiś czas jeszcze raz.

Niestety, nie zawsze mam czas na to, by zrobić to, na co mamy ochotę, bo Oliwia przeszkadza najmocniej jak tylko się da: czepia się nóg, otwiera i zamyka szuflady co często kończy się przycięciem palców, wywala mi przyprawy z szuflad, buszuje po szafkach szukając herbatników, grzebie w koszu na śmieci, przewraca wszystkie możliwe butelki – pełne czy puste – bez różnicy, wynosi mi ścierki do innych pomieszczeń, ewentualnie siedzi i jęczy, bym przestała już gotować. Ale żyć nie umierać, jak będzie większa, to mam nadzieję, że razem będziemy się bawić gotowaniem. ;)

A odchodząc od tematu: nadeszła jesień, jakiej nie lubimy. Na zewnątrz mróz i wichura. Dlatego dziś siedziałyśmy w domu. Oliwia nie ma jeszcze odpowiednich spodni na taką pogodę, a nie chcę, żeby zmarzła. Jutro powinny dojść do nas ocieplane spodnie, tak więc żadna pogoda nie będzie nam już groźna. ;)










Sweterek, sukienka, balerinki - H&M
Rajstopki - Lavivo
Spineczki - Momilio

czwartek, 21 listopada 2013

Matka (nie)idealna.

Niemalże na każdym kroku atakują nas reklamy, pokazujące matki jako kobiety idealne: piękne, zadbane, z promienistym uśmiechem na twarzy, spokojne i opanowane, z ciepłym obiadem dla męża wracającego z pracy, podczas gdy dziecko spokojnie bawi się w idealnie wysprzątanym mieszkaniu.

Ja się pytam: zna ktoś taką kobietę? Jak tak, to z chęcią ją poznam i wyciągnę z niej jej niezawodne sposoby, jak być tą perfekcyjną. Bo mi do takiej sporo brakuje. Często popełniam błędy. Czasem nieświadomie, czasem z premedytacją, których później żałuję. Zdarza mi się krzyknąć na dziecko, kiedy po raz setny ciągnie za kable albo czepia się moich nóg, gdy próbuję cokolwiek ugotować. Zdarza mi się przeklnąć pod nosem, kiedy znów budzi się w nocy i chce do naszego łóżka. Zdarza mi się pogderać, jak to jest mi źle i niedobrze. Zdarza mi się nie sprzątać w mieszkaniu, bo po co, skoro zaraz znów przejdzie przez nie tornado?

Co do wyglądu, chyba aż tak źle nie jest. No może te włosy, przydałoby się w końcu podciąć końcówki. I paznokcie. Chociażby je pomalować. W sumie przydałoby się jeszcze odrobinę schudnąć. I zainwestować w jakiś ciuch, żeby było z czym wyjść do ludzi. Nie pogardziłabym również 10-godzinnym snem, może zniknęłyby mi wory pod oczami.

No cóż, uroki macierzyństwa. ;)

Jest jednak ktoś, dla kogo idealna jestem mimo wszystko. Tak, to Oliwia. Nieważne, jak będę wyglądać, jak bardzo będę niewyspana i marudna, jak długo jej będę gderać nad uchem – codziennie obdarowuje mnie swoim przepięknym uśmiechem, który tak wiele dla mnie znaczy. Codziennie widzę, jak bardzo jestem dla niej ważna i jak bardzo mnie potrzebuje. Codziennie widzę jej radość, gdy mnie zobaczy po przebudzeniu. I to jest dla mnie najważniejsze – być idealną dla NIEJ.










Sweterek - Second Hand :)
Body - H&M
Spodnie - Pepco
Buty - Zara
Komin - Maluch
Opaska - Momilio

środa, 13 listopada 2013

Kochanie, może pieska?

Od dłuższego czasu narzeczony męczy mnie o psa. Bo tak; bo on chce; bo będzie fajnie; bo go polubię; bo Oliwia go polubi;bo on kocha psy. Ja na to: nie, nie i jeszcze raz NIE! Mam dziecko, obowiązki i studia. Może za rok, za dwa.

On uparty. Dalej chce. Ba! Nawet do schroniska mnie zabrał! 


I boom! 

Po tym zaczęłam się zastanawiać - a może jednak? 

Od wizyty w schronisku minęło kilka miesięcy a mi coraz bardziej brakuje czworonoga w domu! Zawsze miałam psa - od 10 lat jamnika, jednak ten mieszka już tylko z moimi rodzicami i bratem. To samo u narzeczonego - w jego domu też zawsze był pies. 

Co robić? Brać czy nie? Oliwia ma dopiero roczek, więc ogromnie boję się takiego wyzwania. W grę wchodzą oczywiście tylko szczeniaki (tak nam doradzili wolontariusze, z którymi rozmawialiśmy podczas pobytu w schronisku - pies dorasta razem z dzieckiem, więc od małego wie, kto jest na pierwszym miejscu), małego rozmiaru oraz z pozytywnym nastawieniem do dzieci.

Oliwia lubi psy - wręcz piszczy z zachwytu na sam ich widok. Byłaby wniebowzięta gdybyśmy jakiegoś przygarnęli. Tylko czy nie jest jeszcze za mała na to, by w domu gościł pies? Może wstrzymać się jeszcze rok czy dwa? W końcu pies to nie zabawka dla dziecka, a ta pewnie będzie tak go traktowała. Jest to też dla nas - rodziców, dodatkowy obowiązek.

Co myślicie na ten temat? Czy przygarnięcie czworonoga jest odpowiednie, mając w domu tak małe dziecko?


Na koniec wrzucam zdjęcia zrobione na szybko, bo odkąd Oliwia chodzi, wciąż ucieka mi przed aparatem. ;)










Bluza, spodnie - H&M
Buty - Reebok
Bandamka - Allegro :)

sobota, 2 listopada 2013

Urok tkwi w prostocie.

Moje dziecko nie jest tu żadnym wyjątkiem, bo chyba każde dziecko najbardziej na świecie lubi proste zabawki (a także rzeczy, które w żadnym wypadku zabawkami nie są). Nawet nie trzeba się wiele wysilać, by dać dziecku radość.


Żeby nie było - kupuję dziecku zabawki - grające, świecące, wibrujące… Oczywiście w granicach rozsądku – pieniędzmi nie sramy. Takie zabawki cieszą… na chwilę. Na początku dziecko pobawi się 15 minut, później 10, 5… Aż w końcu zabawkę rzuci w kąt i raz na jakiś czas sobie o niej przypomni.

Moja Oliwia zamiast tego, lubi bawić się łyżkami, przerzucając je z jednej do drugiej miski, lubi rzucać zakrętkami od słoików o ziemię i patrzeć, jak się kręcą, lubi przekładać orzechy ze słoików i wiele innych prostych czynności. Nie powiem, że jej się to nigdy nie znudzi, bo bym skłamała, ale zajęcia te pochłaniają ją przynajmniej na pół godziny. :)

Oprócz tego książki - ona ich nie lubi, ona je wręcz ubóstwia! Non stop przegląda je od początku do końca i od końca do początku, wskazuje palcem rzeczy, które ją interesują i oczekuje, że ktoś jej powie, co to jest. Bardzo mnie to cieszy, czekam tylko na to, kiedy w pełni będę mogła jej przeczytać jakąś bajkę.

Może podzielicie się drodzy rodzice, jak Wy bawicie się ze swoimi pociechami w domu, z chęcią wypróbowałabym Waszych zabaw na własnym dziecku. :)

Jak zawsze na koniec wrzucam zdjęcia ze spaceru. Muszę się pochwalić, że Oliwia SAMA chodzi! Boi się jeszcze troszeczkę, kiedy nie widzi nikogo obok i wtedy pewniej czuje się raczkując. Oczywiście na zdjęciach nie mogłam uwiecznić jej samodzielnego chodzenia, bo wredota lubi mi robić na złość i musiała cały czas chodzić ze mną za rękę bądź też czepiać się mojej nogi. Życie. :) 










Bluza - Zara
Spodenki - H&M
Buty - Reebok
Czapka - Sweet & Love
Komin - Allegro :)