piątek, 18 kwietnia 2014

Życzenia Wielkanocne. :)

Oto nadeszły drugie święta Wielkanocy, które możemy spędzić razem z Oliwią. Malowanie pisanek –było, dekorowanie i poświęcenie koszyczka – było. Zaraz nadejdzie ten najważniejszy punk świąt – spotkanie z rodziną. By nikogo nie pokrzywdzić, chcemy odwiedzić rodzinę ze strony Narzeczonego, jak i rodzinę z mojej strony. Dlatego trochę się najeździmy, ale na pewno warto. :)

A Wam drodzy Czytelnicy, pragnę złożyć moc najszczerszych życzeń, by nie tylko święta były dniem miłości i życzliwości, ale by każdy dzień w roku miał urok, niczym ze świąt. :*






Sweterek, body, leginsy, balerinki - H&M
Spinka - Momilio

czwartek, 17 kwietnia 2014

Szpital.

Zaniedbuję bloga, wiem. Niestety wiele się u nas ostatnio dzieje. Przede wszystkim ma to związek z moją uczelnią – ciężko być matką i jednocześnie studentką (pisałam o tym TU), o prowadzeniu bloga już nawet nie wspomnę, bo wieczorami, kiedy mam czas dla siebie, zwyczajnie wolę pójść spać.

Ostatnio jednak zdarzyło się coś, czego kompletnie nie planowałam. Zaczęło się wysoką gorączką. Początkowo starałam się zbić temperaturę domowymi sposobami, jednak na nic się to zdało, Oliwia cały dzień i całą noc przeleżała w łóżku, bez siły na jakąkolwiek zabawę. Drugiego dnia dostaliśmy od lekarza skierowanie na badanie krwi i moczu + syrop na zbicie temperatury. Trzeciego dnia trafiliśmy do szpitala z diagnozą: zapalenie układu moczowego.

Byłam załamana. Miałam świadomość, że będą ją kłuli i robić nieprzyjemne dla niej zabiegi. Miałam świadomość, że będziemy zamknięte w małym pokoiku, same, bez dostępu do innych dzieci, by się niczym innym nie zarazić. Miałam świadomość, że będzie nam bardzo ciężko.

I było. To, że Oliwia nie polubi lekarzy, to wiedziałam od początku. Nie sądziłam jednak, że będzie AŻ TAK ŹLE. Nie dało rady jej normalnie zajrzeć w gardło czy posłuchać, jak oddycha. Nie dało rady przeprowadzić z lekarzem wywiadu, bo płacz Oliwii wszystko zagłuszał.  Przez pierwsze dni była tak smutna, że mimo tego, iż dwoiłam się i troiłam nad wymyślaniem jej nowych zabaw, uśmiech się nie pojawiał, bądź pojawiał się ale bardzo szybko znikał. Z jednej drzemki zrobiły się dwie – chyba z nudów wolała się przespać niż bawić się ciągle w to samo.

Nasza jedyną atrakcją w ciągu dnia, było przejście się korytarzem do kuchni bądź łazienki. Czasem postukała sobie w szybę do koleżanek obok. Ze trzy razy byłyśmy na świetlicy, gdzie było mnóstwo zabawek, jednak w momencie, kiedy weszło inne dziecko, my automatycznie musiałyśmy opuścić miejsce. I tak nie uchroniłam jej wystarczająco przed innymi infekcjami, bo do domu wróciła z kaszlem i katarem. Ale mogło być przecież gorzej.

Rozpogodziła się na ostatnie dwa dni pobytu w szpitalu. Nabrała śmiałości do pielęgniarek, które non stop zaczepiała (choć do lekarzy nadal pajała lękiem, co dla mnie jest dziwne, bo to pielęgniarki ją kuły i podawały antybiotyki dożylne, lekarze nie robili nic nieprzyjemnego) a oprócz tego poznała dwie koleżanki z tą samą dolegliwością, więc miała z kim się bawić. :)

Jak oceniam szpital i opiekę? Otóż szpital w Dziekanowie Leśnym jest najbardziej przyjaznym szpitalem, z jakim miałam możliwość obcować (zresztą nie pierwszy raz). Lekarze i pielęgniarki są tak empatyczni, tak życzliwi, że aż powraca nadzieja, iż istnieją na tym świecie lekarze z prawdziwego powołania. Dodadzą otuchy, porozmawiają, odpowiedzą na każde pytanie, sami z własnej woli przyjdą potowarzyszyć… Im naprawdę zależy, by dziecko z rodzicem czuli się jak najlepiej, by dziecko wyzdrowiało i nie miało złych wspomnień ze szpitala.

Kiedy po raz pierwszy leżałam z Oliwią w tym szpitalu, a było to tuz po jej urodzeniu, miałam zupełnie takie same zdanie jak teraz. Jako, że wtedy moja przygoda z macierzyństwem dopiero się zaczęła, pielęgniarki same do mnie przychodziły i mi pomagały. Nie narzucały się – jak powiedziałam, że sama coś zrobię, to potrafiły moją decyzję uszanować. Jednakże ze względu na fakt, iż byłam jeszcze dosyć obolała po porodzie, towarzyszyły mi w większości czynności – umyć, przewinąć a także i nakarmić (a miałam duże problemy z karmieniem).

Szkoda, że szpital jak na tak dobrą opiekę, jest tak słabo wyposażony. Otóż sale są małe i umeblowane chyba w czasach przedwojennych. Łóżeczko dla dziecka było dla mnie na tyle przerażające, że wolałam spać z Oliwią razem na pryczy. W łazienkach dla rodziców brak ciepłej wody, nie było jak się po ludzku umyć.

Co mnie kompletnie zwaliło z nóg, to to, że za mój pobyt, jako rodzic przy małym dziecku, musiałam zapłacić sumkę trzycyfrową. Dla mnie jest to absurd. Nie miałam wyżywienia, nie miałam ciepłej wody, jedyne co, to zajmowałam przez tydzień „łóżko” oraz czasem korzystałam dla siebie z czajnika i mikrofali. Za co ja mam płacić takie pieniądze? Za tą kwotę miałabym pokój nam morzem w dużo lepszych warunkach. Przecież logiczne, że nie zostawię dziecka tak małego samego w szpitalu. Zresztą nie tylko dla mnie jest to szokujące, bo nawet lekarze i pielęgniarki nie rozumieją tego punktu regulaminu. Przecież to szpital państwowy, nie prywatny. Absurd.

Najważniejsze jednak jest to, że zapalenie układu moczowego zostało wyleczone. Niemniej martwi mnie fakt, że choroba lubi powracać. Wolałabym oszczędzić Oliwii cierpienia. Co miesiąc musimy badać mocz, co trzy miesiące posiew, co pół roku jeździć do poradni nefrologicznej. Każda gorączka musi być jak najszybciej skontrolowana. Musimy jeszcze mocniej dbać o higienę. Jest to ciężkie, ze względu na to, że Oliwia lubi wszystko z ziemi wkładać do buzi, babrać się w piachu, dawać psu ręce do lizania itp. Staram się tego pilnować, jednak nie zawsze wszystko zauważę. To są sekundy. Ja się odwrócę, ona zacznie konsumować liście z ziemi czy wkładać ręce do kałuży…

Druga para oczu potrzebna od zaraz!


Na koniec zdjęcia. Piękna pogoda tylko zachęca do wyjścia na dwór. Wiosna zawitała u nas na dobre. :)















Płaszczyk - Next (Allegro :))
Beret, komin, spódniczka - Allegro
Rajstopy - Calzedonia
Buty - H&M