środa, 16 lipca 2014

Młoda, nie znaczy gorsza!

Jak już zdążyliście się zorientować, jestem młodą matką. Być może trochę za młodą, biorąc pod uwagę dzisiejsze priorytety młodych ludzi. W ciążę zaszłam, mając 19 lat. Dziecko nie było planowane, było wynikiem wpadki. Wpadki, która spowodowała u mnie depresję w pierwszych miesiącach ciąży. No bo jak to? Przecież uważaliśmy. Co ze studiami? Co z pracą? Jak zareagują rodzice, znajomi?

Rodzicom odważyłam się powiedzieć dopiero w ok. 2 miesiącu ciąży.  Dla nich również był to ogromny szok. Oni przede wszystkim stawiali na naukę. Chcieli, bym najpierw skończyła studia, bym się rozwijała. Sama tego chciałam. W końcu dostałam się na wymarzone studia, a teraz mam z nich zrezygnować?

Oprócz tego znajomi, imprezy… Niemalże codziennie wychodziłam z przyjaciółmi pograć w siatkówkę, na piwo bądź grubszą imprezę. Z dziewczynami urządzałyśmy babskie wieczory, oglądając po kilka filmów w ciągu jednej nocy, zajadając się słodyczami i popcornem, pijąc wino. Po szkole chodziłam ze znajomymi z liceum na zakupy, sesje zdjęciowe, bądź do parku na „łomżing”. Co tu będę ściemniać – miałam idealne życie! To co, że znów wróciłam do domu o północy. Miałam dalej siłę i motywację, by odrobić w nocy lekcje i pouczyć się do sprawdzianów. Czasem wszystko na podwójnych obrotach ogarniałam w pociągu w drodze do liceum. Bądź też spałam, by móc trzeźwo myśleć.

Studia wybrałam dosyć ciężkie, ale lubiłam je. Moim głównym marzeniem było dostać się do jakiejś organizacji międzyrządowej zajmującej się przestrzeganiem praw człowieka i zmienić świat na lepsze. Wiem, marzenia ściętej głowy. Ale ja byłam w stanie bez względu na wszystko dążyć do ich zrealizowania. Dziś jestem zbyt zmęczona, psychicznie i fizycznie, by włożyć w naukę 100% siebie.

Kiedy powiedziałam o wszystkim rodzicom, czas przyszedł na przyjaciół. Bardzo się bałam ich reakcji. Jednakże oni przyjęli ten fakt bardzo pozytywnie, także stres od razu znikną. Na pewno w głębi duszy ciężko było im w to uwierzyć. Ciężej było im sobie wyobrazić mnie w roli matki – do odpowiedzialności było mi daleko. Ale obiecali, że będą pomagać, odwiedzać… I tak było… na początku. Teraz część z nich nie pamięta o moim istnieniu. Szkoda…  przede wszystkim szkoda tylu wspólnie spędzonych lat, ale przecież „kto przestaje być przyjacielem, ten nigdy nim nie był.” Druga część znajomych jest ze mną w stałym kontakcie i wiem, że na nich ZAWSZE mogę liczyć, za co ogromnie im dziękuję. :*

Kiedy opublikowałam na fb pierwsze zdjęcie Oliwii, posypały się gratulacje od dalszych znajomych. Wiedziałam jednak, że nie może być zbyt kolorowo. Część osób, po których najmniej się tego spodziewałam, napisała do mnie słowa tak bolesne, że nawet nie będę ich tu przytaczać. Tak jakbym w dniu porodu stała się dla tych osób człowiekiem gorszej kategorii. Śmieciem, którym można pomiatać. Bo przecież łatwo stwierdzić, że młoda dziewczyna „się puszczała”, albo „jest z patologicznej rodziny”. To boli, i co najważniejsze – zazwyczaj nie jest zgodne z prawdą, przynajmniej nie w moim przypadku.

Dziś wiem, że znajomość z tymi osobami była jedną wielka pomyłką. To tak, jakbym dowiedziała się, że moja przyjaciółka ma inne przekonania religijne i zakończyła po tym lata znajomości. Są ludzie i parapety, cóż na to poradzić…

Są też znajomi, którzy nie wiedzą, jak się zachować, kiedy mnie widzą. Porozmawiać czy ograniczyć się do zwykłego „cześć” i odejść? Ludzie! Ja nadal jestem tą samą osobą, co kiedyś! Owszem, dużo bardziej odpowiedzialną, nieco bardziej poważną, ale charakter mam taki, jak dawniej! Nie wydaliłam części osobowości wraz z dzieckiem w dniu porodu. Porozmawiajcie ze mną, a się przekonacie. Nie, nie nawijam cały czas o macierzyństwie. To, że jestem matką, nie oznacza, że nie można ze mną porozmawiać na inne tematy czy pożartować. Ja naprawdę jestem spragniona rozmowy z Wami. :)

Pozostaje teraz pytanie: czy młoda matka nie jest w stanie poradzić sobie z dzieckiem równie dobrze, co dojrzała kobieta, która skończyła już edukację, ma swoje cztery ściany, męża i pracę? Otóż JEST W STANIE. Nie napiszę, czy lepiej, czy gorzej, bo to kwestia indywidualna. Nie napiszę również, że zaklimatyzowanie się jej w roli matki jest bajecznie proste, bo nie jest. Często młode matki wychowują dziecko samotnie, bez ojca, bo go to przerosło i postanowił się zmyć. Zazwyczaj muszą kisić się w domu rodziców, bo skąd wziąć pieniądze na własny kąt? Społeczeństwo niestety nie pomaga. Nie znając dziewczyny, potrafi rzucać w jej stronę chamskie komentarze czy krzywo patrzeć. A taka dziewczyna, tak jak każda inna matka, chce po prostu cieszyć się macierzyństwem i wychować dziecko na porządnego człowieka.

Ja miałam wyjątkowe szczęście, co uzmysławiam sobie każdego dnia. Mężczyzna, który dziś jest ojcem mojego dziecka, a równocześnie moim narzeczonym, mieszka ze mną w naszym wspólnym, małym kąciku (na czwartym piętrze bez windy, o zgrozo!) i razem ze mną wychowuje Oliwkę. Równało się to z dużym poświęceniem z jego strony - opuścił miasto rodzinne i rzucił studia, by móc pójść do pracy i spełniać się w roli ojca. Myślimy, by spróbował jeszcze raz sił na studiach za dwa lata, kiedy ja już oficjalnie zakończę moją przygodę z edukacją. Zobaczymy, co z  tego wyjdzie, wierzę jednak, że mu się uda. :)


A co z dziadkami Oliwii? Otóż, jak się pewnie domyślacie, świata poza nią nie widzą. Tylko dzwonią i wyczekują, kiedy do nich przyjedziemy z naszym łobuzem. :) Natomiast moje życie, mimo że poszło w całkowicie innym kierunku, niż chciałam, jest bardzo udane i nie zamieniłabym go na żadne inne. Mimo chwilowych słabości, jestem w stanie pogodzić nadmiar obowiązków, jakie na mnie spada, bo wszystko wynagradza mi ta mała istota, która przekręciła me życie o 180 stopni. :) Tak miało być. Dzięki temu codziennie przekonuję się, jaka jestem silna.

Moja prośba: spójrzcie na taką matkę, jak na równą sobie. Porozmawiajcie z nią, a przekonacie się, że jest taka, jak Wy, tylko miała dużo cięższą drogę do pokonania. Nie patrzcie na wiek, bo to nie on warunkuje, jakimi ludźmi jesteśmy. 

Na koniec pragnę polecić Wam prężnie rozwijającą się firmę Animatria. Jest to działalność zajmująca się prowadzeniem zajęć rozrywkowych, a równocześnie edukacyjnych, dla dzieci w różnym wieku. Organizują urodziny, pikniki, imprezy firmowe oraz rodzinne animacje w hotelach. Grupa składa się z młodych, pozytywnie nastawionych ludzi, którzy kochają prowadzić zajęcia z dziećmi. Wśród nich jest także moja przyjaciółka, której animacje bardzo spodobały się Oliwii. Dlatego też zachęcam do lajkowania! Może skuszą Was do skorzystania z ich usług? :)










Rampers, buty - H&M
Czapka - Allegro :)







niedziela, 6 lipca 2014

Wakacje nad morzem. :)

Cześć i czołem! Tydzień temu wróciliśmy z naszym pierwszych, wspólnych wakacji. Do tej pory siedzieliśmy  w domu, bo urlop taty był jak na złość wtedy, kiedy miałam najwięcej egzaminów na uczelni. W sumie teraz też urlop był na tyle wcześnie, że jeden egzamin wypadł mi na nasz pobyt nad morzem, ale nie przejmuję się tym wcale, bo skoro bronić się będę w drugim terminie, to i wtedy zaliczę ten egzamin.

Czy odpoczęliśmy? Raczej nie. Przy tak małym dziecku nie ma mowy o odpoczynku. Ale za to naładowaliśmy się pozytywną energią i miło spędziliśmy czas. :) Niestety, pogoda nas nie rozpieszczała, dlatego też zamiast wylegiwać się na plaży i pluskać w wodzie, zwiedzaliśmy nadmorskie miejscowości.

Pierwszego dnia padało najbardziej. Do tego stopnia, że zwątpiłam w jakikolwiek sens jechania na wakacje. Do tego Oliwia w samochodzie zwymiotowała na siebie, a ja na śmierć zapomniałam zabrania ze sobą dodatkowych długich spodni dla niej. No ale poradziliśmy sobie.

Tego samego dnia zwiedziliśmy Starówkę i Zoo w Gdańsku. Pamiętam Starówkę jeszcze z czasów, kiedy byłam w gimnazjum. Kochałam to miejsce i uwielbiałam do niego wracać. Niestety teraz nie oddała tego uroku, co sprzed lat, bo trzeba było zwiedzać na szybszych obrotach, a i tak większość ominęliśmy. Za to z zoo byliśmy wszyscy bardzo zadowoleni. Muszę przyznać, że póki co, było to najlepsze zoo, w jakim byliśmy. Bardzo dużo zwierząt, wyznaczona odpowiednia, jedna trasa (a nie tak jak w warszawskim zoo, kilka dróg, gdzie ciężko jest wszystko zwiedzić) i las, który stwarza odpowiednią atmosferę.

Pod wieczór poszliśmy na plażę. I tu troszkę się rozczarowałam, bo 400 m., które oddzielały nasz hotel od plaży, to była dzika droga wśród krzewów i tuneli. Plaża też była dzika. No ale trudno, i tak się nie kąpaliśmy. ;)

Przez następne dni zwiedziliśmy Władysławowo, gdzie główną atrakcją był Lunapark (pamiętam, że kiedyś tętnił życiem, teraz ludzi na palcach jednej ręki bym policzyła), fokarium i Muzeum Obrony Wybrzeża na Helu, oceanarium w Gdyni oraz Aquapark w Sopocie. Na basenie Oliwia była pierwszy raz i zaskoczyła nas ogromnie, bo w ogóle się nie bała wody. :) Spędziliśmy tam aż trzy godziny, co musiało ją potwornie zmęczyć, bo od razu po wyjściu nam zasnęła. W końcu basen, oprócz świetnej zabawy, to także niezły wysiłek.

Ostatni dzień zadziwił nas jednak najbardziej, bo pojawiło się słońce! Ba! Można było się opalić! Więc fruuuu, od razu popędziliśmy na plażę (oczywiście nie na tą dziką). Cały dzień tam spędziliśmy, a tata nawet do wody wskoczył, gdzie tylko jednostki się kąpały. :) Oliwia również chciała wskoczyć, jednak morze nie było jeszcze na tyle ciepłe. Za to biegała po piasku i bawiła się foremkami. Była tak zajęta zabawą, że nie chciała mi w ogóle zasnąć, tak więc cały dzień odbył się bez ani jednej drzemki. Ja natomiast delektowałam się cudowną pogodą, a że za Oliwią trzeba ciągle biegać, to bardziej się opaliłam. :)

Marzy mi się jeszcze tydzień takich wakacji, jednak praca taty na to nie pozwala. Planujemy za to za rok wyjechać gdzieś za granice naszego kraju, by mieć pewność, że pogoda nie zaskoczy. Czy się uda – zobaczymy. Wiele będzie zależeć od naszych możliwości finansowych, a jeśli znów urlop wypadnie w czerwcu – także od grafiku moich egzaminów. Jestem jednak dobrej myśli. :)

Na koniec zamieszczam zdjęcia ostatniego dnia naszych wakacji – tych słonecznych i najbardziej radosnych. Pozdrawiam!











Strój kąpielowy, kapelusz - H&M